wtorek, 9 września 2014

Prolog

Zaragoza, 2000.
Przypominam, że to wydarzenia wymyślone przeze mnie, naprawdę w tym czasie (chyba ) nie było żadnej wojny w Hiszpanii. I celowo powtarzam słowo "kolejne".

Miliony strzałów. Wszędzie żołnierze. Kolejny strzał. Kolejna ofiara. Kolejna nie kompletna rodzina. Kolejny ... punkt dla przeciwników. Kolejne zburzone w okrutny sposób mieszkania niewinnych osób. Kolejny strzał. Tysiące ludzi umiera niewinnie. Kolejne strzały. Kolejne małe bezbronne dzieci, które nie zobaczyły jeszcze, jaki ten świat jest piękny. Był ... piękny. Palące się domy, rośliny i ... ludzie. Jednak armia nie dotarła jeszcze do pewnej dzielnicy miasta. Mieszkali tam ubodzy ludzie, żyjący skromnie. I w jednym z mieszkań kamienicy, żyła właśnie rodzina Hernandezów. 
- Tato, czemu się pakujemy ? - zapytał się mały chłopiec swojego ojca - Czemu babcia wczoraj wyszła i nie wróciła ? - na jego twarzy pojawiła się malutka łza. 
- Nie gadaj synku, szybko bierz co potrzebne i musimy uciekać. Nie pytaj dlaczego, później ci wyjaśnie.
Malec posłuchał mężczyzny i pobiegł do swojego pokoju. Otworzył szafę i wyjął parę ubrań, oraz plecak. Spakował odzież oraz parę zabawek. Gdy już wychodził, zapomniał o jednym. Podbiegł do łóżka i zabrał swoją ulubiona maskotkę, która ma od urodzenia : pluszowego zajączka. Przytulił się do niego i ... usłyszał strzał.
-Szybko ! Uciekamy ! Monica ! - Przestraszył się pan Hernandez - Mały, do mnie ! Już !
Chłopiec posłuchał i przytulił się do matki. Chwycił ją za rękę i dyskretnie uciekli tylnymi drzwiami, kierując się na lotnisko. To jedyne źródło ucieczki.
Biegli resztkami sił. Wreszcie dotarli. Ale również byli tam przeciwnicy. 
-Monica, bierz małego, ja odwrócę ich uwagę- powiedział stanowczo.
- Nie ! Gregorio ! Nie pozwolę ci zginąć - Kobieta przestała trzymać syna i przytuliła się do męża.
- Ważne, by wy byliście bezpieczni. - Pocałował lekko żonę. - Uciekajcie, nie ma czasu.
-Nie, nie pozwolę ci umrzeć !- krzyknęła rozzłoszczona Hiszpanka.
I w ten sposób zauważyli ich żołnierze. I ... chłopiec zza krzaków, w których wcześniej się schował usłyszał strzał. I kolejny. Wyjrzał i nie mógł uwierzyć własnym oczom - został sierotą. Powstrzymywał łzy, by go nie usłyszeli i wbiegł do samolotu. Wystartował. 
Już nie mógł wytrzymać. Rozpłakał się na dobre. Na cały samolot, nie zważając na innych ludzi krzyczał : " Nie odchodźcie ! Nie idźcie ! Nie zostawiajcie mnie ! Mamusiu, tatusiu ! " Gdy skończył przytulił się do swojego zajączka. 
Wylądowali. Chłopiec nie miał jeszcze 7 lat, więc nie wiedział jeszcze, jak przeżyć. Usiadł na ławce na lotnisku i znowu się rozpłakał. 
Pewna kobieta, gdzieś tak z 50 lat, nie mogła przejść obojętnie obok płaczącego dziecka. I zapytała.
- Co się stało chłopczyku ? - pogłaskała go po policzku.
- Ja ... Mamusia, Tatuś ... strzały ... - mimo że nie znał tej pani przytulił się do niej i szlochał jeszcze głośniej.
- Już dobrze ... - spojrzała w jego oczy - Jesteś z Buenos Aires ? Ile masz lat ? 
- Ja jestem z Hiszpanii. Przyleciałem samolotem sam ... Mam 6 lat. 
- Jak to sam ? - zdziwiła się.
-Wojna w Hiszpanii. 
- O jejku ! Jesteś teraz sam ?
-Niestety. - spojrzał na pluszowego zajączka - on mi tylko został.
- Pozwól, że ci pomogę. - wzięła go za rękę i zaprowadziła do jej mieszkania. 

-Diego, co się stało ?- zapytała blondynka - Całą lekcję siedzisz zamyślony.
-Yyyyy.. co Lu ? - zdziwił się Hiszpan.
- O czym tak myślałeś ? 
- A, nic ważnego - próbował się uśmiechnąć i bardziej skupić na lekcji.

***
A więc ... nowa wena, nowe opowiadanie.
Jakie będą pary ? 1 już macie wyżej ;)
Jeśli się wam podoba, proszę, czytajcie na stałe .
Będą jakieś komentarze ? ^---^ 
Elix Dominguez.